
Zastanawiałem się, czy Wam o tej książce opowiedzieć, bo ostatecznie nie jest to kryminał. Choć do pewnego momentu (dałoby się w sumie od biedy uznać, że nawet do końca) można traktować go jako mroczny thriller, w którym człowiek mierzy się z bezlitosnymi siłami przyrody. Jednak sama atmosfera powieści i duża doza brutalizmu, mówią nam, że mamy do czynienia z horrorem.
Nie ma tu duchów i zjaw. Ale czy nie ma demonów i czarów… tu już nie byłbym taki pewny – choć jesteśmy skoncentrowani na jednym bohaterze i od pewnego momentu nie możemy w pełni ufać jego ocenie sytuacji.
Ale od początku. Czterech starych kolegów ze studiów – Luke, Dom, Hutch i Phil – uprawiają trekking w górach północnej Szwecji. To takie „Spotkanie po latach” kumpli ze studiów. Ich kariery potoczyły się dość różnie, choć wydaje się, że tylko Luke od nich odstaje. Jest samotny, bez stabilnej kariery i pieniędzy, reszta kumpli jest bardziej „ustatkowana”, choć, jak się później okazuje, nie bez problemów.
Początkowo idą wyznaczonym szlakiem, ale Phil ma pęcherze na stopach, a Dom kontuzję kolana. Dlatego Hutch, który przewodzi grupie, proponuje skrót przez gęsty, dziki, niemal nietknięty las. Decyzja okazuje się fatalna – gubią się w deszczu i mgle. W lesie natrafiają na okaleczone, wybebeszone zwierzęta zawieszone wysoko na drzewach, tajemnicze runy na korze i opuszczoną, mroczną chatę pełną czaszek, kości, odwróconych krzyży i pogańskich artefaktów. Na strychu znajduje się groteskowy wypchany stwór – kozioł z ludzkimi ramionami. Nocami dręczą ich koszmary i wizje. Narastają kłótnie i napięcia w grupie. Coś ich śledzi i zabija. Hutch zostaje zabrany przez tajemniczą istotę, a potem znaleziony nagi i martwy na drzewie. Podobny los spotyka Phila i Doma. Luke zostaje sam, ranny i wyczerpany.
Kiedy budzi się uwięziony w domu starej kobiety i trójki młodych Norwegów z black metalowego zespołu Blood Frenzy, myśli, że jest uratowany. Ale pogańscy czciciele dawnych, germańskich bogów, mają co do niego inne plany. I choć wszystko to da się wytłumaczyć w miarę racjonalnie (potwór nie musi być pradawnym bóstwem, może być po prostu nieznanym nam gatunkiem zwierzęcia) mroczna atmosfera horroru nawet na moment nie pozostawia nam złudzeń. Dla polskiego czytelnika ciekawostką może być wymienienie przez jednego z muzyków zespołu Behemoth, jako przedstawicieli „prawdziwego metalu”.
Adam Nevill to doświadczony twórca literackiej grozy, ale „Rytuał” to jego pierwsza powieść przetłumaczona na polski. Bardzo zgrabnie łączy tu tzw. nature horror, w którym człowiek walczy o przetrwanie w nieprzyjaznym środowisku, z folk horrorem, opartym na ludowych wierzeniach. Mimo, że autor jest Brytyjczykiem, dobrze poradził sobie zarówno z ciężkimi przejściami bohaterów w najstarszym dzikiem obszarze leśnym współczesnej Europy, jak i ze skandynawkimi mitami i legendami. Choć nordyckie pseudonimy trójki blackmetalowych dewiantów – Loki, Fenris i Surtr – nawiązywały wprost do opowieści z Eddy, to już tajemnicza „Matka” (Moder), która jest surrealistycznym potworem, kojarzącym się z kozłem, wywodzi się wprost z legend Północy. Trochę szkoda, że autor nie zdecydował się na wytłumaczenie tego faktu, ponieważ dodałoby to jeszcze większą szczyptę groteski do drugiej części powieści. Wszak kozioł, po szwedzku bocken, to jedna z ważnych postaci, kojarzonych z Bożym Narodzeniem (julbocken). Opowieść o tej postaci idealnie pokazuje, jak nakładały się na siebie elementy tradycji pogańskiej, katolickiej i luterańskiej, tworząc niezwykłą opowieść, która mogłaby doskonale urozmaicić historię Nevilla.
Na początku był skördebocken (kozioł żniwny) – ostatni snop zboża formowany w kształt kozy. Trzymano go przez zimę jako ducha urodzaju, który miał zapewnić dobre zbiory w kolejnym roku. W czasach pogańskich kozy kojarzone były z Thorem, dlatego po przyjęciu chrześcijaństwa skojarzono rogatego stwora z Diabłem. Ale w średniowiecznych misteriach kozioł ten należał do orszaku św. Mikołaja, który chodził podczas bożonarodzeniowych procesji z kozłem na sznurku. Miało to pokazać, że w imię Boże ujarzmił on Diabła. Po reformacji święci zniknęli, ale Julbocken pozostał. Przekształcił się w samodzielną, często przerażającą postać, którą rodzice straszyli dzieci. W XVI–XVIII wieku władze (zwłaszcza w Szwecji i Danii) próbowały zakazywać „julbockowych” pochodów, bo młodzież przebierała się za kozły, chodziła od domu do domu, żebrała o jedzenie i alkohol, hałasowała i wszczynała awantury. Uważano to za niemoralne i powiązane z pogańskimi, diabelskimi zwyczajami. Neville musiał znać te opowieści, a jednak pozostawił swoich bohaterów bez świadomości tego, z czym się być może mierzą.
Nie zmienia to jednak faktu, że powieść ta może skutecznie zniechęcić do podróży po lesnych bezdrożach. Jak przystało na dobry horror, ostrzega: trzymajcie się dobrze wytyczonych i oznaczonych szlaków. To idealny przewodnik, który mówi nam jak NIE uprawiać turystyki w Szwecji.
W 2017 roku powieść została sfilmowana. Obraz w reżyserii Davida Brucknera otrzymał sporo nagród, zarówno na festiwalach poświęconych filmom grozy, jak i w przeglądach kina niezależnego. Nieco wcześniej, bo w 2011 roku, Nevill otrzymał za Rytuał prestiżową nagrodę August Derleth Award, przyznawaną za najlepszy brytyjski horror.
Autor: Rafał Chojnacki
Adam Nevill, Rytuał, Wydawnictwo Mova, 2021.